Kolejny piątek wieczorem.. ponownie w pobliżu soboty....próbuję stanąć na nogi...
Jest piątek. Zamiast na piwie czy imprezie siedzę w domu. To już enty początek weekendu z kolei, który jest dla mnie wybawieniem i wolę egzystować w czterech ścianach własnego królestwa; telepiąc się jak paralityk i pijąc herbatkę niż ganiać wieczorem po mieście ze znajomymi. Dziwne?! Dla mnie jeszcze bardziej. O godzinie 23.30 bardziej od piwa potrzebuję kawy. Powinna ona być sponsorem dzisiejszego wpisy. Gdyby nie moja czarna i gorzka przyjaciółka pewnie spałabym już słodko przynajmniej od 4 godzin, jak to mam czelność praktykować w każdy piątek. Oczywiście, oprócz wiadra gorącego napoju mam ze sobą również Murakamiego i Melę Koteluk, więc... teoretycznie, wszystko jest na swoim miejscu. Teoretycznie, również, powinnam otworzyć książkę z wiedzy o społeczeństwie i przynajmniej zorientować się na jakim temacie skończyłam ostatnią lekcję. Spokojnie, takie myśli w piątkowy wieczór przychodzą mi tylko jak wchodzę na Facebooka i widzę, że jest parę takich nadgorliwych co uczą się przez całą dobę. I bardzo dobrze! Niech siedzą cały dzień w książkach, mi to zupełnie nie przeszkadza, jednak... po co dzielą się tym z całą internetową społecznością?! Jakbym chciała zobaczyć stertę podręczników to zajrzałabym pod biurko zamiast na facebookową tablicę. Ale oni i tak swoje! A pod każdym zdjęciem dyskusja kilkunastu osób na temat ich cudownego naukowego piątkowego... nocnego, maratonu naukowego. BŁAGAM! DOŚĆ! STOP! Z informacji praktycznych: zdjęcia swoich książek zamieszczamy raczej na instagramie i tam wypisujemy bzdury i głupoty na temat naszych dylematów: "mam odrobić matematykę czy może jednak zabrać się za francuski, jak dobrze, że noc jest długa". Najczęściej takie głębokie pytania zadają osoby idealna, które pewnie odrobią i matematykę, i francuski, a na dokładkę zostawią sobie zadanka z fizyki, bo przecież upojna noc z Chylą jest tym czego każda licealistka pragnie najbardziej na świecie.
Czytając to jeszcze raz, zastanawiam się, dlaczego tej nocy jestem tak cięta na tych wszystkich pilnie się uczących.. Pierwsza myśli jest oczywista, zbyt się z tym obnoszą. Ale lepiej chyba chwalić się postępami w nauce niż, w łóżku. Ale co ja tam wiem.. Po całym roboczym tygodniu, milionie ocen niedostatecznych, tysiącach wypitych hektolitrów kawy i pięciu nieprzespanych nocach nasuwa mi się jedna konkluzja... piątkowe popołudnie ustanawiam dniem wolnym od słowa "szkoła" oraz "nauka". Czy słusznie?! Zdecydowanie. Ja idę spać.
idę marzyć.
idę słuchać muzyki.
A jutro rano... stanę na nogi, otworzę WOS i... pójdę marzyć.
Na koniec, pozdrawiam wszystkich, którym w tym tygodniu nie wyszło. Wszystkich, którzy, mówiąc wprost i kolokwialnie: przegrali życie. Wszystkich, którzy przez pewien dziwny zbieg okoliczności zawalili po całej linii. Wszystkich, którzy zostali niedocenieni. Wszystkich, którzy wstydzili się chodzić z podniesioną głową. Zacytuję jedną z najlepszych piosenek Happysadu: "Nie przejmuj się, nawet najgorszy dzień ma swój kres." Bycie ostrożnym optymistą jest jest, w moim mniemaniu, czystą abstrakcją, ale powiedzmy sobie szczerze: co mądrego można napisać o 24:22? O tej godzinie myśli się kofeiną, a nie tym, co rzekomo na co dzień nazywamy mózgiem (to to urządzenie, które każdy z reguły mieć powinien a, w praktyce jak to w praktyce...).

