Są takie filmy, które nas zmieniają, kształtują. Są takie książki, które otwierają przed nami nowe perspektywy. Są tacy ludzie, którzy stanowią dla nas niewyczerpalne źródło inspiracji. Są takie rozmowy, których się nie zapomina z upływem czasu.
Są takie filmiki na Snapchacie, które nas zmieniają, kształtują. Są takie selfie na instagramie, które otwierają przed nami nowe perspektywy. Są takie gry, które stanowią dla nas niewyczerpalne źródło inspiracji. Są takie facebookowe rozmowy, których się nie zapomina z upływem czasu.
Drugi wariant Cię rozbawił? A to ciekawe, zastanawiam się, co robiłeś chwilę temu. Zszedłeś z Facebooka, kończąc rozmowę? Wysłałeś zdjęcie na Snapchacie? A może udostępniłeś swoją nową siłt focie? Błagam. Tu się nie ma z czego śmiać. To wcale nie jest zabawne.
Nie potępiam tego. Sama posiadam każdy z wyżej wymienionych portali społecznościowych, nie zaprzeczę, korzystam i sprawia mi to przyjemność. Hipokryzja? Nie do końca.
Nigdy nie uważałam powyższych komunikatorów za wyznacznik mojej popularność czy wartości. A znam ludzi, dla których, ilość polubień pod zdjęciem to sprawa wagi państwowej. Czy te przysłowiowe lajki wyjdą z tą osobą do kina? Zrobią herbatkę i przyniosą do łóżka? Pójdą na spacer, kiedy całe miasto skąpane jest we mgle? Raczej nie. Pewnie większość z was przyzna mi rację, ale gdzieś w zakamarku podświadomość będzie jawić się myśl "lepiej płakać z milionem znajomych i obserwatorów niż bez nich". Chcę tylko nieśmiało napomknąć, że tych ludzi nie ma. Tę ostatnie zdanie pozostawiam do interpretacji własnej.
Smutno mi czasami. Najbardziej wtedy, gdy widzę tę całą kulturę masową, Justinów Bieberów, Dawidów Kwiatkowskich. Ich muzyka to nie muzyka. To zmodyfikowana ścieżka dźwiękowa, ba! nawet ich głos jest zmodyfikowany w znaczącym stopniu. Nie mówiąc już o tragicznych wzorcach jakie media kreują na ich podstawie. Podziękuję.
Dziękuję za uwagę, dobranoc
