czwartek, 1 stycznia 2015

Witam na Targowisku Próżność

Są takie filmy, które nas zmieniają, kształtują. Są takie książki, które otwierają przed nami nowe perspektywy. Są tacy ludzie, którzy stanowią dla nas niewyczerpalne źródło inspiracji. Są takie rozmowy, których się nie zapomina z upływem czasu.

Są takie filmiki na Snapchacie, które nas zmieniają, kształtują. Są takie selfie na instagramie, które otwierają przed nami nowe perspektywy. Są takie gry, które stanowią dla nas niewyczerpalne źródło inspiracji. Są takie facebookowe rozmowy, których się nie zapomina z upływem czasu.

Drugi wariant Cię rozbawił? A to ciekawe, zastanawiam się, co robiłeś chwilę temu. Zszedłeś z Facebooka, kończąc rozmowę? Wysłałeś zdjęcie na Snapchacie? A może udostępniłeś swoją nową siłt focie? Błagam. Tu się nie ma z czego śmiać. To wcale nie jest zabawne.



Nie potępiam tego. Sama posiadam każdy z wyżej wymienionych portali społecznościowych, nie zaprzeczę, korzystam i sprawia mi to przyjemność. Hipokryzja? Nie do końca.

Nigdy nie uważałam powyższych komunikatorów za wyznacznik mojej popularność czy wartości. A znam ludzi, dla których, ilość polubień pod zdjęciem to sprawa wagi państwowej. Czy te przysłowiowe lajki wyjdą z tą osobą do kina? Zrobią herbatkę i przyniosą do łóżka? Pójdą na spacer, kiedy całe miasto skąpane jest we mgle? Raczej nie. Pewnie większość z was przyzna mi rację, ale gdzieś w zakamarku podświadomość będzie jawić się myśl "lepiej płakać z milionem znajomych i obserwatorów niż bez nich". Chcę tylko nieśmiało napomknąć, że tych ludzi nie ma. Tę ostatnie zdanie pozostawiam do interpretacji własnej.

Smutno mi czasami. Najbardziej wtedy, gdy widzę tę całą kulturę masową, Justinów Bieberów, Dawidów Kwiatkowskich. Ich muzyka to nie muzyka. To zmodyfikowana ścieżka dźwiękowa, ba! nawet ich głos jest zmodyfikowany w znaczącym stopniu. Nie mówiąc już o tragicznych wzorcach jakie media kreują na ich podstawie. Podziękuję.

Dziękuję za uwagę, dobranoc

środa, 31 grudnia 2014

Let's have fun!

To już jest koniec... Na szczęście tylko starego roku. Jaki był? Co wniósł? Ile wyniósł? Większość osób robi wielkie podsumowania, a następnie postanowienia na nowy rok. Czy do nich należę? Sama nie wiem. Niby każdego roku chcę znaleźć w sobie moc i zaprzyjaźnić z Ewą Chodakowską, ale jakoś nie najlepiej nam się układa i zazwyczaj koniec stycznia jest zarazem końcem naszej pozytywnej relacji.
2014 z pozoru był dla mnie rokiem iście fatalnym, ale kiedy pod prysznicem, kiedy wchłaniała się trzecia warstwa maseczki do włosów, zaczęłam go analizować, rozkładać na czynniki pierwsze i dumać stwierdziłam, iż był (a jeszcze przez niecałe 6h jest) najgorszym i zarazem najlepszym jakim przeżyłam. Ten rok był dla mnie usłany największymi przełomami i lekcjami pokory, pokazał mi, że bycie rozkapryszoną i roszczeniową panienką nie wróży mi niczego obiecującego na przyszłość. Zaliczyłam pasmo porażek, które z czasem okazały się moimi największymi sukcesami. Zwiedziłam prawie całe Włochy, zaliczyłam serie wyjazdów pociągiem z moją najukochańszą przyjaciółką, byłyśmy razem nad morzem i leżałyśmy nocami na plaży. Ten cały splot wydarzeń spowodował, że w drugą połowę roku weszłam z niesamowitym nastawieniem. We wrześniu poznałam fenomenalnych ludzi. Pewnie jeszcze paręnaście miesięcy temu nie podejrzewałabym siebie o taką tolerancję i otwartość na innych.
Ale są też rzeczy stałe, które od kilu lat pozostają nienaruszone.... dalej wszystkie swoje pieniądze wydaję na książki, kubki, płyty i ciepłe sweterki. Dalej nie mogę zabrać się za liczenie funkcji z matematyki i dalej rośnie moja obsesja na punkcie seriali i sów.

Czego życzę sobie, Tobie, Wam na ten 2015 rok? Miłości, wytrwałości, woli walki i siły. Zauważcie w ludziach ich odmienność i doceńcie to, ale doceńcie również siebie, nabierzecie wiary we własne możliwości; nie bójcie się mówić tego co czujecie, ryzykować i, najnormalniej w świecie, żyć.


SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

piątek, 14 listopada 2014

Kawa zamiast mózgu.... czyli bez ładu i składu o piątkowych wieczorach

Kolejny piątek wieczorem.. ponownie w pobliżu soboty....próbuję stanąć na nogi...




Jest piątek. Zamiast na piwie czy imprezie siedzę w domu. To już enty początek weekendu z kolei, który jest dla mnie wybawieniem i wolę egzystować w czterech ścianach własnego królestwa; telepiąc się jak paralityk i pijąc herbatkę niż ganiać wieczorem po mieście ze znajomymi. Dziwne?! Dla mnie jeszcze bardziej. O godzinie 23.30 bardziej od piwa potrzebuję kawy. Powinna ona być sponsorem dzisiejszego wpisy. Gdyby nie moja czarna i gorzka przyjaciółka pewnie spałabym już słodko przynajmniej od 4 godzin, jak to mam czelność praktykować w każdy piątek. Oczywiście, oprócz wiadra gorącego napoju mam ze sobą również Murakamiego i Melę Koteluk, więc... teoretycznie, wszystko jest na swoim miejscu. Teoretycznie, również, powinnam otworzyć książkę z wiedzy o społeczeństwie i przynajmniej zorientować się na jakim temacie skończyłam ostatnią lekcję. Spokojnie, takie myśli w piątkowy wieczór przychodzą mi tylko jak wchodzę na Facebooka i widzę, że jest parę takich nadgorliwych co uczą się przez całą dobę. I bardzo dobrze! Niech siedzą cały dzień w książkach, mi to zupełnie nie przeszkadza, jednak... po co dzielą się tym z całą internetową społecznością?! Jakbym chciała zobaczyć stertę podręczników to zajrzałabym pod biurko zamiast na facebookową tablicę. Ale oni i tak swoje! A pod każdym zdjęciem dyskusja kilkunastu osób na temat ich cudownego naukowego piątkowego... nocnego, maratonu naukowego. BŁAGAM! DOŚĆ! STOP! Z informacji praktycznych: zdjęcia swoich książek zamieszczamy raczej na instagramie i tam wypisujemy bzdury i głupoty na temat naszych dylematów: "mam odrobić matematykę czy może jednak zabrać się za francuski, jak dobrze, że noc jest długa". Najczęściej takie głębokie pytania zadają osoby idealna, które pewnie odrobią i matematykę, i francuski, a na dokładkę zostawią sobie zadanka z fizyki, bo przecież upojna noc z Chylą jest tym czego każda licealistka pragnie najbardziej na świecie.

Czytając to jeszcze raz, zastanawiam się, dlaczego tej nocy jestem tak cięta na tych wszystkich pilnie się uczących.. Pierwsza myśli jest oczywista, zbyt się z tym obnoszą. Ale lepiej chyba chwalić się postępami w nauce niż, w łóżku. Ale co ja tam wiem.. Po całym roboczym tygodniu, milionie ocen niedostatecznych, tysiącach wypitych hektolitrów kawy i pięciu nieprzespanych nocach nasuwa mi się jedna konkluzja... piątkowe popołudnie ustanawiam dniem wolnym od słowa "szkoła" oraz "nauka". Czy słusznie?! Zdecydowanie. Ja idę spać.
                              idę marzyć.
                              idę słuchać muzyki.
A jutro rano... stanę na nogi, otworzę WOS i... pójdę marzyć.

Na koniec, pozdrawiam wszystkich, którym w tym tygodniu nie wyszło. Wszystkich, którzy, mówiąc wprost i kolokwialnie: przegrali życie. Wszystkich, którzy przez pewien dziwny zbieg okoliczności zawalili po całej linii. Wszystkich, którzy zostali niedocenieni. Wszystkich, którzy wstydzili się chodzić z podniesioną głową. Zacytuję jedną z najlepszych piosenek Happysadu: "Nie przejmuj się, nawet najgorszy dzień ma swój kres." Bycie ostrożnym optymistą jest jest, w moim mniemaniu, czystą abstrakcją, ale powiedzmy sobie szczerze: co mądrego można napisać o 24:22? O tej godzinie myśli się kofeiną, a nie tym, co rzekomo na co dzień nazywamy mózgiem (to to urządzenie, które każdy z reguły mieć powinien a, w praktyce jak to w praktyce...).


                             

niedziela, 21 września 2014

Wielka mała, pasja


Pasja czyli miłość do robienia rzeczy, które sprawiają wielką radość i satysfakcję. Najczęściej nie zarabia się na niej pieniędzy. Pasja, po prostu zaspokaja robienie "tego czegoś". A to coś, to już sprawa bardzo indywidualna. Jedni jeżdżą konno, drudzy chodzą na długie dystanse, trzeci gotują, a czwarci zbierają muszelki do słoika. Pasja to pojęcie szerokie, ale i wąskie zarazem. Chcemy poświęcić jej jak najwięcej naszego wolnego czasu i nierzadko zatracamy się w niej i oddajemy w całości. 

Takie rozważania naszły mnie po filmie "Zostań, jeśli kochasz" w reżyserii R.J. Cutler. Nie zaprzeczę, spodziewałam się ckliwej historyjki, jak to zbuntowana nastolatka wbrew zakazom chce ratować swoją pierwszą, młodzieńczą miłość. Nic bardziej mylnego. Mia Hall (rewelacyjna kreacja Chloe Grace Moretz) nie ma w sobie nic wspólnego z powyższym opisem. Na przekór rodzinie woli muzykę klasyczną od rocka, a za wzór uznaje Beethovena. Co może być interesujące, z pozoru, w tak nudnej osobie? Postawa Hall niejednokrotnie doprowadziła mnie do łez. Sceny gdzie jako mała dziewczynka grała zamknięta od rana do wieczora we własnym świecie, a towarzyszyła jej jedynie wiolonczela chwytały mnie za serce. Jeden moment w filmie ujął mnie do szczególnie, ten w którym Mia pojechała na przesłuchanie do Julliard. Już sam fakt, że została zaproszona na odsłuchanie było wielkim zaszczytem i wyróżnieniem. Sama później stwierdziła, że nigdy tak dobrze nie zagrała, a jej serce biło w rytm wiolonczeli. Czy to nie jest piękne? Wielka pasja i dążenie do perfekcji pokazuję też jeden z moich ulubionych dramatów "Czarny łabędź" czyli Natalie Portman w swojej oscarowej kreacji baletnicy Niny. Żądza bycia idealną, niesamowita samodyscyplina i wielkie marzenie. Dlaczego akurat porównuję ze sobą te dwa filmy? Bardzo proste, obydwa mają w sobie coś co urzeka mnie najbardziej - czyli jak już ciągnę od początku - PASJĘ. W przypadku pierwszym czyli Hall, mamy do czynienia z cudownym uporem i dążeniem do celu, stawaniem się coraz lepszym, pokonywaniem własnych granic i oddawaniu się muzyce. Patrząc na bohaterkę wykreowaną przez Aronofsky'ego widzimy bardziej obsesję i niezwykły upór, który, jak wiemy, kończy się tragedią. Przykładów filmowych, książkowych, życiowy i tych z autopsji odnośnie pasji jest bardzo dużo. 

Grunt to znaleźć swój mały świat, niekoniecznie poświęcać się dla niego bezgranicznie, ale mając hobby czy jakiekolwiek zainteresowania wyróżniamy się od tego konsumpcyjnego tłumy. Czasami już na początku życia dostajemy "prezent" w postaci lekcji tenisa, fortepianu czy tańca. Chodzimy, niejednokrotnie, męczymy się, chcemy zrezygnować i wywiesić białą flagę. A po latach z sentymentem patrzymy w przeszłość i gdybamy "a jakbym wtedy nie zrezygnowała z tego stepowania..." Podobno nigdy nie jest za późno, bo człowiek uczy się przez całe życie, ale nie oszukujmy się. W wieku siedemnastu lat baletnicą ani wiolonczelistką nie zostanę. Są pewne dziedziny, które ćwiczone od małego dadzą pożądane efekty w przyszłość. Najważniejsze jest przetrwać ten okres buntu, kiedy to wszystko chce się rzucić i zająć oglądaniem seriali albo włóczeniem po osiedlu. Wielcy kompozytorzy, znani poeci, uznawani aktorzy wielokrotnie chcieli porzucić karierę w imię rozrywki, czasami po prostu wydaje nam się, że "nie tędy droga", że "nie mamy predyspozycji", ale moi państwo, co do tego ostatniego nie dajmy się wpędzić w paranoję. Wyznaję zasadę "10% czystego talentu, 90% ciężkiej pracy". Nikt przecież z dnia na dzień nie zostanie Agnieszką Radwańską czy Wisławą Szymborską. Nie słyszałam też o przypadku, żeby ktoś urodził się z rakietą tenisową czy piórem w dłoni. 


Jestem kompletnym muzycznym beztalenciem, ale od małego uwielbiam śpiewać, a moim małym-wielkim marzeniem jest nauka gry na perkusji i pianinie. Wiadomo, Ringo Starr nie będzie ze mnie nigdy, ale... dlaczego by nie zostać jedyną babcią w okolicy, która zamiast ciepłych obiadków będzie walić w talerze? Apelując, już na sam koniec: nie rezygnujmy z marzeń, nie pozbywajmy się pasji, nie skreślajmy planów, nawet tych mniej realnych. Żyjmy, kochajmy i nie poddawajmy się! Będzie ciężko, nikt za nas nie założy baletek, nikt nie przepłynie za nas kilometrowych basenów, może się zdarzyć, że nikt nie będzie cieszył się z naszych sukcesów, nikt nie będzie wspierał w porażkach. To my sami musimy odnaleźć w sobie wewnętrzną siłę by nie ulegać pokosom rezygnacji, by walczyć, by stawać się coraz lepszym. Nie porównujmy się do innych, kochajmy to co robimy i oddawajmy się temu jak Mia. Jeżeli nie macie planów na weekend, to polecam wybrać się do kina na "Zostań, jeśli kochasz", ogromna dawka łez, motywacji i stwierdzenie, że największa siła pochodzi z nas samych. Do tego genialna muzyka klasyczna, przeplatana rockiem - czego chcieć więcej?

xoxo